Część I

Następnego dnia była bardzo ładna pogoda. Od rana wiosenne słońce dodawało energii. Przyszedłem do biura wcześnie, aby pozałatwiać wszystkie bieżące sprawy przed przyjściem pana Szymona. Zrobiłem też odręczne notatki z dnia wczorajszego. Lubię takie chwile w kancelarii, kiedy nie dzwonią telefony i można się skupić na własnych myślach. Bywa tak rano i bywa też wieczorem, po opuszczeniu biura przez pracowników.

Przyszli około południa. Lekko zdyszani, ale pełni energii. Poprosili o szklankę wody i zasiedli przy stole w moim gabinecie.

– Jak już wczoraj wspomniałem – zaczął pan Szymon – kiedy leżałem w szpitalu, moja żona musiała przejąć wszystkie obowiązki związane z prowadzeniem firmy. Miała na głowie dom i nowe, nieznane jej wcześniej obowiązki. Za radą swojej siostry, ekonomistki, specjalistki od zarządzania, znalazła sprawnego managera, absolwenta MBA w Londynie. Miał te same inicjały, co ja. Nazywał się Szczepan Sokołowski. Był młody, ambitny, bardzo energiczny i bezwzględny.  Wkrótce nie tylko mnie zastąpił, ale doprowadził do dalszego rozwoju firmy. Tymczasem ja dołowałem. Kiedy wyszedłem ze szpitala, byłem w fatalnym stanie fizycznym i psychicznym.  Nie miałem czasu ani ochoty zajmować się firmą. Oczywiście szukałem otuchy w alkoholu. Przerwał na chwilę i zbierał myśli.

– Mówię „oczywiście”, choć wiem, że to w niczym mi nie pomagało. Było tylko jeszcze gorzej. W międzyczasie dowiedziałem się, że kiedy byłem w szpitalu, żona podjęła odszkodowanie wypadkowe z mojej polisy na życie, którą miałem zawartą z jednym z towarzystw ubezpieczeniowych. W umowie polisy wpisana  była ona jako jedyna upoważniona osoba. Trochę się zdziwiłem, że wcześniej  nie powiedziała mi o tym. Chciałbym podkreślić, że żona przez wszystkie lata, kiedy prowadziłem firmę, bardzo walczyła z moją chorobą alkoholową. Chciała uratować nasze życie rodzinne. Usiłowała namówić mnie na zastosowanie jakiejś znanej skutecznej metody leczenia, namawiała do uczestnictwa w spotkaniach Anonimowych Alkoholików. Sama uczestniczyła w spotkaniach organizowanych dla rodzin alkoholików. Żadna z jej prób nie przyniosła efektu. Opowiadałem jej różne historyjki, mówiłem, że się leczę, pracuję nad sobą, ale – rzecz jasna – kłamałem. Oszukiwałem ją i piłem dalej. Kiedy dowiedziałem się, że tak świetnie poradziła sobie z prowadzeniem firmy pod moją nieobecność, że pozałatwiała wszystkie formalności związane z moim wypadkiem i wypłatą odszkodowania  z polisy na życie , byłem z niej szczerze dumny. W moim nietrzeźwym stanie uznałem więc,  że mogę dalej pić.  Piłem najpierw co trzeci dzień, potem co drugi, a w końcu codziennie. Przychodziłem do firmy i na oczach całej załogi chwiejnym krokiem udawałem się  do mojego biura, w którym urzędował mój zastępca. Sekretarki przynosiły mi kawę, a ja chwilę tylko posiedziawszy w swoim fotelu, wychodziłem, żeby sobie kupić kolejną butelkę.

– Nie jest ci słabo? Może się napijesz wody – jego towarzyszka podała mu szklankę przyglądając mu się z widoczną troską. Miałem wrażenie, że go w ogóle nie słucha skupiona na jego samopoczuciu.

A pan Szymon chwilę odsapnął, łyknął trochę wody i opowiadał dalej:

– Przez całe lata 90., kiedy samodzielnie prowadziłem firmę, w sprawach prawnych wspomagał mnie mecenas Michał Malinowski, dobry radca prawny z Poznania. Po moim wypadku współpracował już najpierw z żoną, a potem z nowym prezesem. To właśnie on zaproponował, abym udzielił prezesowi pełnomocnictwa, najlepiej sporządzonego w biurze notarialnym, które ułatwi prowadzenie spraw firmy. Dokonywanie wielu niezbędnych czynności, związanych z zarządzaniem, wymagało do tej pory mojego osobistego udziału. Propozycja ta zbiegła się z kontrolą, która została przeprowadzona w naszej firmie w 2001 roku. W jej wyniku kontrolerzy zarzucili nam  naruszenie  przepisów podatkowych, co mogło spowodować obowiązek zapłaty na rzecz skarbu państwa kilku milionów złotych „domiaru”. Gdyby ustalenie kontrolerów się potwierdziły, firma zmuszona byłaby zbankrutować. Taka sytuacja odbiłaby się niekorzystnie na naszej rodzinnej sytuacji majątkowej. Firmę prowadziłem na własny rachunek, na podstawie wpisu do ewidencji działalności gospodarczej. Byłem jednoosobowo odpowiedzialny za wszelkie jej zobowiązania.  Mając więc na względzie te wszystkie zagrożenia zdecydowaliśmy, że firma jednoosobowa przekształcona zostanie w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością. Nie znam szczegółów proceduralnych, wszystko załatwiał mecenas Malinowski., ale już w 2002 roku całe przedsiębiorstwo należące do mnie zostało wniesione aportem do nowo utworzonej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Udziały w tej spółce podzieliliśmy z żoną na pół: 50 % należało do mojej żony, a 50 % do mnie. Zdecydowaliśmy też, że żona sprzeda Szczepanowi Sokołowskiemu swoje udziały od razu po zarejestrowaniu spółki. Miało to stanowić  zabezpieczenie jej i dzieci na przyszłość, także na wypadek naszego ewentualnego rozstania.

– I tak się przecież stało, prawda? – włączyła się się pani Ewa.

– Tak. Wkrótce rozwiedliśmy się z żoną. Odbyło się to tak szybko i sprawnie, że niewiele z tego pamiętam. O mojej sytuacji rodzinnej powiem za chwilę. Tymczasem Szczepan Sokołowski  odkupił jej udziały wkrótce po rejestracji spółki. Oczywiście został też prezesem zarządu, a ja byłem wiceprezesem. W praktyce wszystkie funkcje zarządcy sprawował prezes, no bo ja w tym czasie,  na ogół byłem pijany i niezdolny do wykonywania jakichkolwiek działań. I właśnie w takich okolicznościach, w czerwcu 2002 roku pojawiłem się u notariusza w celu udzielenia stosownego pełnomocnictwa. Razem z nami do kancelarii notarialnej przyjechał nasz mecenas. Byłem tego dnia bardzo pijany i niewiele z tego spotkania w kancelarii notarialnej pamiętam. Notariusz odczytywał na głos treść przygotowanego dokumentu, ale ja niewiele z tego rozumiałem. Podpisałem wszystkie podsunięte papiery i moim jedynym marzeniem było znaleźć się jak najszybciej w domu, gdzie miałem schowaną kolejną butelkę. Pamiętam jednak, że gdy byliśmy u notariusza, to otwierał on okno, bo w pokoju unosił się ciężki zapach alkoholu. Nie przeszkadzało mu to jednak w odczytaniu aktu notarialnego i nie miał najmniejszej wątpliwości, że ja w pełni rozumiem to, co on odczytuje. Pełnomocnictwo było bardzo szerokie i obok różnych wymienionych w nim czynności, zawierało również upoważnienie do sprzedaży przeze mnie wszelkich posiadanych przeze mnie udziałów.

Znowu przerwał. Zapadła cisza , ale zanim zaczęła być męcząca, kontynuował.

– I tu dochodzimy do najważniejszego. – znacząco spojrzał na panią Ewę. – Właśnie to pełnomocnictwo notarialne zostało wykorzystane niezgodnie z moimi intencjami, aby pozbawić mnie firmy.  Prezes Sokołowski sprzedał wkrótce  20 % posiadanych przeze mnie, moich udziałów sobie samemu. Ja oczywiście w okresie, kiedy doszło do tej sprzedaży, o niczym nie wiedziałem. W tym czasie ostro piłem i zapewne nie rozumiałbym do końca co się dzieje z moimi udziałami.

Zapadła chwila ciszy. Zastanawiałem się, co jeszcze słabość do alkoholu mogła zniszczyć w życiu tego nieszczęsnego człowieka. Zdolny, przedsiębiorczy i dobrze zorganizowany, pomysłowy i sprawny biznesowo zmienił się we wrak człowieka.

Po chwili podjął swoje opowiadanie.

– Wracając do moich relacji z żoną. Dowiedziała się gdzieś, a może wiedziała się już wcześniej, tego nie wiem, że spotykam się z inną kobietą. Myślę, że właśnie wtedy zmienił się jej stosunek do mnie i do mojego alkoholizmu. Wcześniej wiele mi wybaczała. Dbała o nasz dom, dzieci i o mnie, mimo, że na to pewnie nie zasługiwałem. Ale kiedy dowiedziała się o moim romansie, wszystko się zmieniło. To właśnie wtedy poprosiła swojego kuzyna i przyjaciela, żeby zawiózł mnie dyskretnie do niewielkiego hoteliku znajdującego się na uboczu. Miał tam wynająć dla mnie pokój i dopilnować, żebym codziennie rano dostawał świeżą butelkę. Zgodnie z jej życzeniem opłacił też z góry hotelowy personel , dogadał się w recepcji i zostawił mnie sam na sam z butelką.

Znowu przerwał. Było widać , że dużo go te wspomnienia kosztują.

– I właśnie w tym pokoju ósmego dnia od momentu, kiedy się tam znalazłem, odszukała mnie Ewa. Próbowała się do mnie dodzwonić, ale jej się to nie udawało. Zdecydowała się przyjechać z Warszawy, aby ustalić, czy coś mi się nie stało. Nie wiem w jaki sposób, ale znalazła mnie w tym hotelu. Osobiście uważam, nawet jestem pewien, że żona miała nadzieję, że się tam zapiję na śmierć.

Zapadła cisza. Pan Szymon zbierał myśli, wyraźnie zastanawiając się, co dalej powiedzieć. W tym momencie pani Ewa, do tej pory lekko nieobecna, nagle się ożywiła. Wstała , pochyliła się nad nim i patrząc mu w oczy powiedziała:

– Zabrałam go wtedy do szpitala, wezwałam pogotowie, a potem był poddawany różnym zabiegom medycznym w celu odtrucia organizmu. Przez wiele dni nie jadł. Tylko pił. Był krańcowo wyczerpany. Ledwo mówił. Udało mi się zapewnić mu najlepszą, jaką potrafiłam, opiekę lekarską. I pewnie dlatego przeżył.

– Tak – włączył się pan Szymon. – Rzeczywiście byłem w bardzo złym stanie. Ale może potrzebowałem właśnie takiego wstrząsu, żeby zrozumieć, że trzeba to zmienić. W ciągu dwóch, trzech miesięcy potem zaangażowałem się w pracę z Anonimowymi Alkoholikami. Pojechałem z Ewą do Warszawy, zamieszkałem w jej ciasnym mieszkaniu. W tym samym mniej więcej okresie zorientowałem się, że prezes Sokołowski, wykorzystując moje pełnomocnictwo, sprzedał sobie część moich  udziałów.  Pojechałem do Poznania, do Krajowego Rejestru Sądowego, żeby sprawdzić, czy doszło do jakiś innych zmian, ale okazało się, że na razie przeniósł na siebie  20 procent udziałów. W tej sytuacji zmuszony byłem jak najszybciej odwołać udzielone pełnomocnictwo, co też zrobiłem. Wtedy też po raz pierwszy poszedłem do prawnika w Poznaniu. Był to pan mecenas Trąbczyński. Udzieliłem mu zlecenia, aby podjął starania w celu unieważnienia umowy sprzedaży udziałów. Uważałem, że było to oczywiste nadużycie ze strony pełnomocnika. Nigdy nie myślałem, że udzielone przeze mnie notarialnie pełnomocnictwo, może zostać wykorzystane w tym celu, aby przejąć moje udziały. Jedyną intencją jego udzielenia z mojej strony było zapewnienie swobody funkcjonowania jako prezesa zarządu we wszystkich tych sprawach, które wymagały mojego podpisu. Zrobiliśmy tak  ponieważ  ja byłem chory . Wykorzystanie pełnomocnictwa w celu przejęcia moich udziałów uważałem za nieuczciwe i niezgodne z moją wolą. Mecenas tego wszystkiego wysłuchał i odebrał ode mnie część dokumentów, którymi dysponowałem w oryginałach. Następnie, pobierając ode mnie niemałą opłatę, umówił się ze mną na następny termin. Nie wiedziałem wówczas, że przyjaźni się on, a nawet prowadzi wspólnie kancelarię z moim firmowym mecenasem Malinowskim. Kiedy następnym razem przyjechałem do kancelarii na umówione spotkanie, dowiedziałem się, że sprawa jest beznadziejna i nie ma żadnych szans na to, żeby umowę unieważnić i odzyskać utracone udziały. W ogóle mecenas nie widział dla siebie miejsca w tej sprawie, choć nie oddał wszystkich dokumentów twierdząc, że się będzie jeszcze nad tym zastanawiał. Straciłem do niego zaufanie, po czym zwróciłem się do innego mecenasa…

– Ryszarda Wojewódzkiego? – wszedłem mu w słowo.

– No właśnie, tak tak – przytaknął. Adwokata Wojewódzkiego. Nie miałem już oryginałów dokumentów, które zostały u mecenasa Trąbczyńskiego, więc przyjął on sprawę na podstawie moich opowieści i kserokopii, które sobie wcześniej zrobiłem. Ale co najważniejsze, podjął się poprowadzenia sprawy o unieważnienie umowy.

– A następnie został spektakularnie aresztowany – znowu wszedłem mu w słowo.

– No tak. W jakiejś zupełnie innej sprawie, która nie miała ze mną  żadnego związku.

– Sprawa była głośna – uzupełniłem jego wypowiedź. – Pisano o tym w gazetach.

– No tak, ale ja tego nie wiedziałem, bo ja w tym czasie przebywałem w Warszawie. Kiedy przyjechałem do Poznania zobaczyć mecenasa Wojewódzkiego, ewentualnie odebrać dokumenty od mecenasa Trąpczyńskiego, okazało się, że nie mam ani dokumentów, ani swojego prawnika.

– I dlatego przyszedł pan do mnie?

– Tak, właśnie dlatego przyszedłem do pana.

Po  chwili dodał:

– Chciałem jeszcze powiedzieć, panie mecenasie, że moja obecna sytuacja majątkowa nie pozwala mi na to, aby prowadzić tego typu sprawę na normalnych zasadach opłacając mecenasa z góry. Chciałem zaproponować, żeby pana wynagrodzenie składało się wyłącznie z prowizji, którą pan weźmie od wygranych dla mnie pieniędzy. Taki amerykański system, jak na filmach, panie mecenasie. Może udałoby się nam dogadać na podobnych zasadach.

– Rozważę to, proszę pana, rozważę. Musimy się nad tym zastanowić. Przede wszystkim  ocenić, jakie są szanse na wygranie tego procesu, czy możemy go  dla pana wygrać…

– No i kiedy, panie mecenasie? Mnie się spieszy. Nie mam czasu. Jestem poważnie chory, nie wiem jak długo jeszcze pożyję. Potrzebuję pieniędzy na leczenie, być może kurację za granicą. Chciałbym coś zaplanować. Ile to zabierze czasu?

– Tego nie mogę w żaden sposób określić.  Jest to uzależnione od wielu elementów. Takie sprawy na ogół trwają latami. A musimy też pamiętać , że mamy do czynienia z przeciwnikiem dysponującym wystarczającymi środkami, żeby wynająć najlepszych prawników. A oni będą za wszelką cenę bronić interesów swojego klienta.

– No ja wiem. Nasi przeciwnicy to ludzie, panie mecenasie, którzy myślą, że za pieniądze można wszystko. Nie wiem też, jakie stanowisko zajmie moja rodzina, żona i dzieci. Czy staną po mojej stronie , czy mogę na nich liczyć, czy też raczej nie. Ja ich dobrze znam.  Moja żona to osoba, która  nie lubi, a wręcz, nie cierpi, za nic płacić. Najchętniej wszystko załatwiałaby za darmo, albo jak najtaniej. Obserwowałem ją przez lata i kiedyś uważałem tę cechę za bardzo pozytywną. Ale w obecnej sytuacji nie sądzę aby się to zmieniło.

– Jeśli jest tak, jak pan mówi, to sądzę, że na pomoc żony w pańskiej sytuacji za bardzo nie mamy co liczyć. Niezależnie od tego musimy pamiętać, że ja na obecnym etapie nie jestem w stanie panu powiedzieć, na ile zasadne są pańskie roszczenia i czy w ogóle istnieją. Musi nam pan dać czas, abyśmy się nad tym zastanowili.

Tak, oczywiście, ja mam świadomość, że sprawa nie jest łatwa. Chciałbym tylko  zaproponować jako formę rozliczenia tę formę prowizyjną.

Skąd ja to znam. Facet jeszcze nic nie wygrał, ale na tym etapie chętnie się ze mną podzieli.

– Dobrze. Możemy się tak umówić, że wprowadzimy do naszej umowy tzw. success fee.  Taka forma rozliczeń jest jak najbardziej możliwa pod warunkiem, że na nasze wynagrodzenie będzie składała się w pierwszej kolejności jakaś ustalona z panem kwota, a proponowana przez pana prowizja  będzie dodatkowym wynagrodzeniem.

– No to już pan będzie najlepiej wiedział, panie mecenasie, jak to zrobić.

– Ok, ale zostawmy na razie kwestię naszego wynagrodzenia. Zacznijmy od tego, że spróbujemy ustalić, ile i czy w ogóle uda się dla pana wywalczyć.

Jeszcze tego samego dnia poprosiłem po południu o rozmowę mojego współpracownika Piotra. On znał tę sprawę nie gorzej ode mnie. Wprawdzie nie uczestniczył w mojej rozmowie z panem Szymonem, ale miał niezłą orientację co do tego, co się wydarzyło. Długo przecież rozmawiali o tym ze sobą, zanim przyszli do mnie.

Usiedliśmy w moim pokoju. Było już po zamknięciu biura i można było spokojnie rozważyć szanse na to, czy możemy w tym procesie wystąpić.

To właśnie wtedy Piotr powiedział mi, że w tej sprawie obok wątku związanego z rozliczeniem za przejęte udziały, jest także drugi wątek. Pan Szymon mi o nim nie opowiedział. Albo o nim zapomniał, albo nie chciał o tym opowiadać. W 2003 roku, a więc prawie rok po tym, gdy niemal zapił się na śmierć w hoteliku pod Poznaniem, zamieszkał na stałe z panią Ewą . Poznali się wiele lat wcześniej w czasie jakiejś imprezy integracyjnej zorganizowanej podczas Targów motoryzacyjnych. Nie od razu ich coś połączyło. Pani Ewa była ładną i zgrabną brunetką o charakterystycznej ciemnej karnacji i pięknym, lekko nieśmiałym, uśmiechu. Nie znaliśmy szczegółów dotyczących nawiązania ich romansu, ale na tym etapie nie było to dla nas jakoś specjalnie istotne. Pan Szymon miał w niej oddanego sobie opiekuna, który zadbał o wszystkie niezbędne  czynności, jakich wymagała jego rehabilitacja.  Codziennie chodził na zabiegi z zakresu fizjoterapii. Część tych zabiegów uzyskiwał bezpłatnie z tytułu ubezpieczenia społecznego, ale za część musiał dodatkowo płacić. Podobnie było z lekarstwami. No i właśnie te wysokie koszty odzyskiwania zdrowia spowodowały, że zmuszony był przyjechać do Poznania, aby choćby z tytułu posiadanych pozostałych 30 procent udziałów w spółce zażądać od wspólnika  wypłaty zaliczki na dywidendę albo choćby comiesięcznego świadczenia, które pokryłoby koszty leczenia.  Szukał także jakiegoś dodatkowego źródła dochodów na pokrycie codziennych kosztów życia. Dochody pani Ewy już nie wystarczały. Wspólnik jednak najpierw w ogóle nie chciał o tym rozmawiać, a następnie  zaproponował mu zbycie pozostałej części przysługujących udziałów,. Proponował przy tym  warunki absolutnie nie do przyjęcia. Oferował mianowicie kupno tych udziałów za ¼ ich wartości nominalnej.  Jaka była ich rzeczywista wartość rynkowa, wtedy nikt dokładnie nie wiedział,  ale na pewno dużo wyższa. Dwa razy pan Szymon przyjeżdżał do Poznania  w nadziei, że wynegocjuje lepsze warunki i za każdym razem wracał z niczym. Wspólnik i prezes firmy grał twardo i nie zamierzał ustępować. 

Sytuacja materialna pana Szymona była krytyczna i prezes Sokołowski o tym wiedział. Nie mając innego wyjścia, pan Szymon ostatecznie zdecydował, sprzeda resztę posiadanych udziałów na zaproponowanych niekorzystnych warunkach cenowych. Zapłata miała następować częściowo,  gotówką, przy zawarciu transakcji, reszta zaś miała być spłacana przez 10 lat w kwocie odpowiadającej mniej więcej wartości  1000 dolarów miesięcznie.  Piotr znał szczegóły tej transakcji i miał pomysł, jak wykorzystać posiadane przez siebie informacje do sformułowania żądania przeciwko wspólnikowi pana Szymona. Ponieważ nie mogłem zrozumieć, dlaczego pan Szymon  zgodził się na tak niekorzystne warunki, Piotr musiał mi dodatkowo to i owo wyjaśnić. Okazało się, że pan Szymon miał kolejny wypadek. Tym razem wypadł z okna, gdy mieszkając u pani Ewy,  któregoś dnia pod jej nieobecność, stracił nagle przytomność.  Siedział na parapecie wystawiając twarz do słońca.  Gdy  zbyt raptownie uniósł głowę, zsunął się i łapiąc równowagę uderzył głową o okiennicę.  Stracił przytomność i wypadł  z okna na pierwszym piętrze. Znalazły go dzieci bawiące się pod blokiem. Oczywiście odratowano go, ale doznał licznych złamań kończyn i urazów kręgosłupa, więc rehabilitacja znowu była bardzo kosztowna, bardzo czasochłonna, bardzo długotrwała i mało skuteczna. I właśnie to przeważyło, że ostatecznie pan Szymon przyjął niekorzystne warunki transakcji, jakie zaoferował mu prezes Sokołowski.

– Wydaje mi się  – powiedział  Piotr  – że jest realna szansa o wystąpienie nie tylko o zwrot  pieniędzy  z tytułu sprzedanych udziałów. Uważam także, że zasadne będzie ponadto wystąpienie o unieważnienie umowy zbycia udziałów na niekorzystnych dla pana Szymona zasadach. Te niekorzystne warunki transakcji zostały narzucone przez Sokołowskiego przy wykorzystaniu wyzysku, jego trudnej, przymusowej sytuacji życiowej.

Mamy na to jakieś argumenty?

– Tak. Po pierwsze, znajdował się w trudnej sytuacji zdrowotnej po dwóch bardzo poważnych wypadkach. Po drugie mieszkał bez żadnych środków do życia w Warszawie u swojej konkubiny. Po trzecie wreszcie, rozstał się z rodziną, w szczególności z żoną i nie mógł liczyć na jakąkolwiek pomoc z ich strony. Gdyby nie ta przymusowa sytuacja, nie zgodziłby się nigdy w normalnych warunkach na zaakceptowanie ceny na poziome ¼ wartości nominalnej. Prawdopodobnie nawet wartość nominalna była zaniżona w stosunku do rynkowej. Firma cały czas doskonale prosperowała. Dlatego, wg mojej oceny, nasze roszczenie mogłoby być oszacowane na poziomie minimum kilku milionów złotych. Trzeba to oczywiście starannie wyliczyć, ale to jest ten rząd wielkości.

– No dobrze, panie Piotrze  – zapytałem po chwili – a jakie mamy szanse na to, żeby to wygrać?

– Uważam, że zwrot „kasy” z tytułu nierozliczenia się między mocodawcą a pełnomocnikiem jest wręcz trudny do przegrania. Ta sprawa jest ewidentna. Nie można jednak w ten sam sposób traktować tej drugiej części roszczenia, opierającej się na wykorzystaniu zasady wyzysku.

– Zastanówmy się, ile my, jako kancelaria, możemy w tej sytuacji zaproponować jako nasz udział w wygranej kwocie. Pamiętajmy, że ten proces będzie trwał latami.

– No może trwać parę lat, ale wcale nie musi.

– Zwykle przyjęta jest w takich sytuacjach prowizja na poziomie 15 procent. Ale gdybyśmy policzyli 15 procent od całości żądania, o które wystąpimy, to pewnie byłoby godziwe wynagrodzenie. Musimy jednak uwzględnić, że najtrudniej będzie nam wygrać całość, więc spróbujmy tu zastosować zasadę znaną powszechnie z amerykańskich filmów. 

– Czyli jedna czwarta, tak?

– OK, możemy to zaproponować. Pamiętać też musimy, że ten niełatwy proces będziemy prowadzili za prawie darmo. To nieprzyjemne  uczucie ma nam łagodzić nadzieja, że  gdyby nam się udało wygrać, to wynagrodzenie będzie  bardzo przyzwoite.

– Dobrze, nie wolno zapominać o tym, że pan Szymon nie ma teraz nic, a to co dla niego wywalczymy, może być dla niego szansą, żeby normalnie żyć.

– Tak zrobimy – zadecydowałem. – Tak właśnie zrobimy, panie Piotrze. Niech pan siada do tych dokumentów, które pan Szymon przyniósł i oceni, czy są już wystarczające, żeby sformułować projekt pozwu. Gdyby okazało się, że czegoś nam brakuje, musimy się i tak z panem Szymonem  spotkać. Proponuję spotkanie w przyszłym tygodniu. Niech pan do niego zadzwoni, aby przyjechał z niezbędnymi dokumentami brakującymi nam w tej chwili i porozmawiamy z nim o zasadach, na których przyjmiemy to zlecenie.

Nie wiedziałem jeszcze wtedy, w jaki trudny zaangażowaliśmy się pojedynek.

Przewiń do góry