Część V

W polskich sądach treść wydanego przez siebie wyroku sąd odczytuje na sali rozpraw. Odbywa się to w specjalnie w tym celu wyznaczonym terminie tzw. publikacyjnym, potocznie nazywanym tepem. Czasami sąd potrzebuje kilku tepów, co zdarza się gdy sprawa jest bardziej skomplikowana.
Zdarza się, choć bardzo rzadko, że sąd wydaje i od razu odczytuje wyrok bezpośrednio po zamknięciu rozprawy. Dotyczy to jednak na ogół spraw mniejszej wagi.
W trakcie odczytywania wyroku wszyscy obecni na sali rozpraw wysłuchują go na stojąco.
Po odczytaniu sentencji, sędzia przewodniczący zezwala wszystkim usiąść, po czym przystępuje do wyjaśnienia przyczyn, dla których wydał takie a nie inne rozstrzygnięcie. Trwa to zwykle kilka do kilkunastu minut, w czasie których sąd ustnie przekazuje uczestnikom główne motywy, jakimi się kierował przy wydaniu wyroku. Przy okazji informuje strony, że mogą złożyć w ciągu 7 dni wniosek o pisemne uzasadnienie wyroku, a także o sposobie i terminie, w jaki można się od niego odwołać.
Na ogłoszenie wyroku w naszej sprawie pan Szymon miał przyjechać osobiście, chociaż uprzedzaliśmy go, że sąd może termin ogłoszenia wyroku przesunąć. Ponieważ jednak znajdował się w szpitalu, na ogłoszenie wyroku udałem się tylko z panem Piotrem.
Stojąc na sali rozpraw i słuchając sędzi przewodniczącej zastanawiałem się, w jakim kierunku ta sprawa potoczy się dalej. Z dotychczasowego przebiegu postępowania wnosiłem, że to nie jest koniec tego procesu. Gwałtowne pogorszenie się stanu zdrowia pana Szymona i jego dalszy wątpliwy udział w sprawie był niespodziewana dodatkową komplikacją, o której jednak poza nami nikt na razie nie wiedział.
Wyrok w całości uwzględnił pierwszą część żądania pozwu. Potwierdził logiczne i oczywiste skąd inąd rozumowanie, że skoro pozwany Sokołowski, działając w imieniu pana Szymona, sprzedał sam sobie część jego udziałów, to powinien się z tego tytułu rozliczyć. Sąd przyznał, że z tytułu tak zawartej umowy pozwany Sokołowski zobowiązał się zapłacić ustaloną w niej cenę, a następnie powinien ją wypłacić panu Szymonowi, którego w tej transakcji reprezentował.
Natomiast w drugiej części naszego żądania sąd nie znalazł podstaw do uznania go za uzasadnione. Sąd nie dopatrzył się, aby pozwany wykorzystał trudną sytuację życiową i finansową pana Szymona dla przymuszenia go do zawarcia niekorzystnej dla siebie umowy sprzedaży pozostałych udziałów w spółce. Przede wszystkim przyjął za wiarygodne wyjaśnienia pozwanego, jakoby wiążące były ustalenia naszego klienta z jego byłą żoną wskazujące, że te udziały miały przypaść dzieciom pana Szymona a więc nie powinny w ogóle być przedmiotem sprzedaży. Sąd uznał za udowodnione, że takie wzajemne zobowiązania między byłymi małżonkami miały być potwierdzone w transakcji zakupu udziałów firmy przez prezesa Sokołowskiego od byłej żony pana Szymona. Ta linia obrony, zapewne wymyślona na potrzeby procesu przez prawników prezesa Sokołowskiego, forsowana była już w odpowiedzi na pozew. Argument ten przede wszystkim miał tłumaczyć fakt nierozliczenia się pozwanego prezesa z naszym klientem, ale sąd w tym zakresie oparł się na konkretnej treści umowy sprzedaży udziałów i tego zarzutu nie wziął pod uwagę. Natomiast ku naszemu zdziwieniu uwzględnił go co do drugiej części naszego roszczenia. Nie potwierdzały go żadne dokumenty, a jedynym dowodem było zenanie prezesa Sokołowskiego. Pan Szymon stanowczo temu zaprzeczał, co zostało odnotowane w protokole. Mimo to sąd dał temu wiarę. Poza tym sąd podkreślił, że nie znalazł dowodów na okoliczność, iż uzyskana z tej transakcji cena za sprzedawane przez pana Szymona udziały była zaniżona. W sumie to nawet trudno się dziwić takiemu stanowisku. Sąd przecież ocenia sytuację na podstawie posiadanych dowodów, a w aktach dowodów na tę okoliczność nie było. A nie było, bo sąd nie uwzględnił naszych wniosków dowodowych, w szczególności zaś nie powołał biegłego dla wyceny rzeczywistej wartości udziałów.
Czekała nas jeszcze długa walka.

*****

W klubie bluesowym mieszczącym się w zagospodarowanych podziemiach starej kamienicy, oświetlenie było słabe. Blues nie lubi ostrego światła. Wyrasta z emocji i wzbudza emocje. Miłośnicy smętnego śpiewania upatrzyli sobie to miejsce. Agnieszka była tu pierwszy raz. Szef dowiedział się, że będzie tam wieczorem Piotr Pawłowski z kolegami. Miała spróbować dowiedzieć się czegoś o dalszych planach Szymona Szymańskiego.
Czarnoskóry muzyk grał na gitarze chicagowskie kawałki, głównie stare przeboje B.B. Kinga. Z dużą wprawą wycinał nastrojowe solówki, od czasu do czasu przygrywając sobie na harmonijce. Towarzyszyło mu dwóch innych muzyków. Pod sceną ustawiła się grupa turystów ubranych w szkockie spódniczki. Byli już mocno pijani. Zachowywali się hałaśliwie, głośno komentując każdy kolejny utwór. Domagali się natarczywie Claptona albo Mayalla. Kiedy muzyk zagrał pierwsze takty Leili, zaczęli podskakiwać i podnosić w górę swoje spódniczki.
Agnieszka rozejrzała się. Nigdzie nie zauważyła Piotra. Właśnie miała wyjść, gdy dostrzegła go w kącie sali. Siedział w grupie kilku kolegów. Rozpoznała go nie od razu, bo zapuścił małą bródkę.
Śmiało podeszła do ich stolika.

– Cześć, Agnieszko! – Piotr przywitał ją pierwszy. Udawała zaskoczoną.
– Szukasz kogoś? – dopytywał.
– Cześć! Koleżanka miała tu być, ale jej nie widzę. A co ty tu robisz?
– A tak wpadliśmy z przyjaciółmi – spojrzał na podrygujących przed sceną Szkotów. – Myślisz, że oni mają coś pod tymi spódniczkami?
– Nic nie widzę – roześmiała się.
– No i dobrze. A co byś chciała zobaczyć?
– Bieliznę, oczywiście.
Piotr podsunął jej krzesło i zaprosił do stolika zastawionego butelkami piwa. Po kolei witała się z jego kolegami.
– Nie zapamiętam was wszystkich. Ja jestem Agnieszka.
Najbliżej Agnieszki usiadł niezbyt wysoki szatyn o ładnych, regularnych rysach. Ubrany był klubowo – jeansy i czarny t-shirt. Zagadywał ją z zapałem, ale nie wzbudzał w niej entuzjazmu. Niestety, Piotr usiadł kawałek dalej.
– Piotrze, możemy chwilę porozmawiać? – postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Wstali i wyszli przed klub, gdzie stało kilku palących.
– Co porabiasz? Rzuciła, kiedy podszedł bliżej.

Stała tuż obok. Czuł zapach jej perfum. Miała ciepły, przyjazny, lekko zachrypnięty głos. Wspominała czasy studenckie i jakąś imprezę andrzejkową, na której się spotkali. Piotr zaczął sobie nagle uświadamiać, że jej obecność sprawia mu przyjemność. Widział już przy stole spojrzenia kolegów. To piękna dziewczyna. I miał wrażenie, że lekko go kokietuje. Nagle przyszło mu do głowy, że może zaproponuje jej spotkanie.
– Co robisz w piątek wieczorem? Może dasz się zaprosić do kina?
– Proponujesz mi randkę? Pół godziny po pierwszym po latach spotkaniu? – odparła zaskoczona. – Nie marnujesz czasu.
– Czuł, że lekko palą go policzki. Głupio to trochę wyszło.
– No wiesz, …
– Bardzo chętnie – powiedziała to tak szybko, że aż się zdziwiła.
– Naprawdę się zgadzasz? – nie umiał ukryć radości.
– Jeżeli film będzie dobry, to dlaczego nie – powiedziała ze śmiechem.
Stali jeszcze chwilę blisko siebie, żartując z jego śmiałej propozycji. Spojrzała na zegarek.
– Ty się gdzieś spieszysz? – zapytał.
– Muszę już lecieć. Zamówię sobie taksówkę i jadę. Mam do napisania jeszcze jakieś pismo sądowe dla mojego patrona – wyjaśniła.
– Kiedy telefonicznie zamawiała taksówkę, wyjął swój telefon i przeglądał pocztę.
– A u kogo jesteś na aplikacji? – spytał gdy skończyła.
– Muszę lecieć. Taksówka będzie za parę minut. Pogadamy w piątek, pa – podeszła do niego szybko i cmoknęło w policzek.
– Stał bez ruchu i patrzył, jak szybkim krokiem idzie w stronę ulicy.

Czekając na wiadomości o stanie zdrowia pana Szymona, złożyliśmy wniosek o uzasadnienie. Spodziewałem się kolejnych wielu miesięcy oczekiwań na przesłanie przez sąd wyroku z uzasadnieniem. Nie jest to norma, ale są sędziowie, którym napisanie uzasadnienia zajmuje nawet pół roku.
Tydzień później pan Szymon odzyskał świadomość, ale kontakt z nim był niemożliwy. Lekarze określali jego stan jako stabilny, ale rokowania nie były najlepsze. Musieliśmy cierpliwie czekać. W pracy prawnika to ważna umiejętność.

*****

Agnieszka spóźniła się na spotkanie kilka minut. Piotr czekał na nią przy kasach.
Podeszła szybko i cmoknęło go w policzek.
– Przepraszam, utknęłam w korku.
– Nic nie szkodzi.
– Mamy jeszcze parę minut. Chcesz coś do picia?
– Cola bez cukru z lodem.
– Nachosy, popcorn?
– Nie nie, dzięki.
Stali przed wejściem na salę kinową, kiedy Piotr spytał nagle:
– Pracujesz u Mullerów?
– Tak – spojrzała na niego spłoszona. Była przygotowana na to pytanie, a mimo to ją zaskoczył.
– To duża kancelaria. Pracuje u nas kilkudziesięciu prawników. Można się wiele nauczyć. Jestem obecnie w departamencie prawa rodzinnego u pani mecenas Izabeli Łęckiej.
– Czyli pracujesz z Lalką – stwierdził raczej niż spytał.

„Ultimatum Bourne’a” miał bardzo dobre recenzje. Nie tylko jako kontynuacja poprzedniej części bohatera Jasona Bourne’a ale także jako dobry sensacyjny film.
Siedzieli w przedostatnim rzędzie. Wokół nich wszystkie miejsca były zajęte. Z lewej strony dochodziło irytujące chrupanie popcornów, z prawej intensywny zapach sosów do nachos. Mimo że film był dobry, a jego akcja wartka i wciągająca, część widzów przeglądała co jakiś czas swoje telefony.
Piotr starał się skupić uwagę na filmie. Kosztowało go sporo energii aby nie zwracać uwagi na hałaśliwie zachowujących się sąsiadów. Na szczęście, po około pół godzinie, wszyscy już się najedli i zapanowała cisza.
Agnieszka oglądała film bez większego entuzjazmu. Zastanawiała się, jak zagadnąć Piotra o sprawę Szymańskiego. Przecież nie mogła tak nagle, bez przygotowania, wypytywać o taką konkretną sprawę.
Piotr kątem oka obserwował Agnieszkę. Wyglądała bardzo atrakcyjnie. Mimo, że ubrała się do kina w proste jeansy i czerwony, dopasowany sweter, widać było, że jest bardzo sexy. Niebieskie oczy, kształtny, lekko zadarty nosek i wydatne usta tworzyły ładną twarz, a jasne długie włosy z niesforną grzywką opadająca na czoło uzupełniały urodę. Wełniany sweter znacząco podkreślał krągłości.. Wszystko to robiło na Piotrze oszałamiające wrażenie.
Po filmie poszli na lody do położonej nieopodal kawiarenki.
Wyglądali jak para dobrych przyjaciół, ale Piotr nie odważył się na jakiś bardziej śmiały gest.
Agnieszka już wiedziała, że niczego się dzisiaj nie dowie. Wszelkie próby sprowadzenia przez nią rozmowy na nawet najbardziej bezpieczne zawodowe tory kończyły się w momencie, gdy ona kończyła swoją kwestie. On natychmiast zmieniał temat. Trudno powiedzieć, czy z zawodowej ostrożności. Po prostu mówił o czym innym. Po pół godzinie się poddała. Dojrzała jednak w jego oczach coś więcej niż zwykłe zainteresowanie. Kiedy więc spytał, czy się znowu zobaczą, spojrzała na niego zachęcająco i sama zaproponowała:

– Kiedy zachcesz. Może w weekend, bo teraz wyjeżdżam na parę dni.
– Przyszły piątek?
– Ok – rzuciła i znowu przysunęła się blisko, aby go pocałować w policzek. Przytrzymał ją jednak i sam pocałował w usta.
– Pa – powiedziała, lekko się czerwieniąc.
– Do zobaczenia.
Wsiadła do swojego Forda K i szybko odjechała.

*****

Prezes Sokołowski dążył do objęcia osobistą kontrolą wszystkiego, co działo się w jego firmie. Od momentu przejęcia nad nią kontroli wymienił kilka osób z bezpośredniego kierownictwa, ale utrzymał zatrudnienie we wszystkich działach związanych z produkcją i sprzedażą. Szybko porozumiał się z działem finansowo – księgowym. Wprowadził drobne korekty funkcjonowania biura projektów oraz zaopatrzenia. Zatrudnił specjalistę z doświadczeniem w logistyce do organizacji nowoczesnego magazynu wyrobów gotowych. Pozbył się własnych samochodów dostawczych i postawił na rozwijanie współpracy z zewnętrznymi firmami transportowymi.
Powołał też zupełnie nowy zespół odpowiedzialny za ochronę i bezpieczeństwo. Prezes nie ufał w tym zakresie nikomu. Szybko rozwiązał umowę ze Spółdzielnią Inwalidów, która od wielu lat świadczyła firmie usługi w tym zakresie. Na czele nowego działu stanął osobisty ochroniarz i kierowca prezesa, Ireneusz Ratajski, człowiek wywodzący się ze służb specjalnych. Była to tajemnicza postać. Mówiło się o nim wiele, ale nikt dokładnie nie wiedział, czy pracował w bezpiece czy też w służbach wojskowych. Złośliwi po cichu mówili, że w komunie był oficerem prowadzącym prezesa, ale nie przeszedł pozytywnie weryfikacji po 1989 roku. Zachował całą dokumentację, więc prezes musi go zatrudniać. Jak było naprawdę, jednak nikt nie wiedział. Pan Irek sprawował bezpośredni nadzór nad bezpieczeństwem prezesa oraz ochroną całego obiektu, w którym mieściła się siedziba firmy. Budował także, o czym wiedział już tylko prezes, komórkę wywiadu gospodarczego, specjalną grupę, w skład której wchodził im.in. informatyk – haker i jednocześnie spec od zabezpieczeń informatycznych.
To właśnie pan Irek wskazał prezesowi mecenasa Hertzkę, którego znał jeszcze ze starych czasów. I to właśnie pan Irek opracował strategię, zmierzającą do pozyskania informacji o tym, jakie są plany procesowe pana Szymona. To on potrafił skutecznie przekonać kilku innych prawników, u których szukał wcześniej pomocy pan Szymon, żeby nie zdecydowali się przyjąć od niego zlecenia.
I wreszcie to on znalazł w Warszawie kontakt z ludźmi, którzy podjęli się wykonania drobnej robótki dla swojego znajomego ze starych czasów.
Siedzieli we trzech w gabinecie prezesa. Z okien widać było ruch na placu magazynowym, gdzie akurat ładowane były ciężarówki. Na parkingu przed budynkiem biurowca stał na specjalnie oznaczonym miejscu samochód prezesa. Obok, na miejscu oznaczonym napisem „Goście” stał nowy Bentley mecenasa Hertzki. Auto Ireneusza Ratajskiego, mocno już zużyty Opel Omega, stał kawałek dalej.
Rozmawiali o różnych zagadnieniach prawnych, które powierzył kancelarii Hertzki prezes Sokołowski. Także o zadaniu, jakie mecenas zlecił swojej aplikantce.

– Była z nim w kinie. Młody sam niczego nie powiedział, a ona nie chce go spłoszyć. Dajmy jej więcej czasu.
– Ale czas ucieka – prezes się niecierpliwił.
– Mimo to, dajmy jej trochę czasu – Pan Irek uspokajał prezesa. – Na razie nic nas nie goni.
– Czekamy na uzasadnienie wyroku. Trochę to potrwa, zanim sąd je napisze – potwierdził mecenas Hertzka. I po chwili dodał:
– Czas pracuje na naszą korzyść. Szymańskiemu kończą się pieniądze. Myślę, że moment, w którym zaproponujemy mu nasze warunki jest już bliski. Jeszcze trochę, a sam do nas przyjdzie. – Hertzka mówił z ogromną pewnością siebie. – Wtedy także może nam się przydać Agnieszka.

Kiedy się żegnali godzinę później, prezes żegnając się z mecenasem, gestem zatrzymał swojego ochroniarza:
– Poczekaj jeszcze chwilę. Muszę ci coś powiedzieć.
Ratajski skinął głowa mecenasowi i usiadł z powrotem w fotelu.
Kiedy zostali sami, prezes spojrzał na Ratajskiego pytająco.
– Zadanie specjalne wykonane?
– Z tego, co mi wiadomo, tak.
– Ile?
– Tak jak mówiłem.
Prezes otworzył biurko. Wyjął kopertę i położył na biurku.
– Jakieś wieści?
– Nic nie wiem. Będę sprawdzał swoimi kanałami.
Prezes bez słowa wstał, wziął skórzaną teczkę z dokumentami i ruszył do drzwi.
– Jadę teraz na spotkanie. Jesteś wolny.

*****

Ku naszemu zdziwieniu, wyrok z uzasadnieniem sąd przysłał już na początku października.
Z kół na ogół dobrze poinformowanych, czyli moich znajomych związanych z Sądem Okręgowym, otrzymałem wiadomość, która wyjaśniała tę zagadkę. Zadziałała rykoszetem skarga na przewlekłość postępowania, złożona przez pana Szymona. Prezes sądu dopilnował, żeby w tej sprawie nie było więcej zaległości. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Byliśmy jednak zmuszeni przysiąść i napisać apelację w tej części wyroku, która była niekorzystna dla pana Szymona. Przede wszystkim zaakcentować błędy sądu I instancji, popełnione w zakresie postępowania dowodowego. Kluczowe znaczenie miała kwestia powołanie biegłego z dziedziny księgowości i finansów, który wyceni rzetelnie wartość udziałów kupionych przez prezesa Sokołowskiego za bezcen, przy wykorzystaniu trudnej sytuacji zdrowotnej i życiowej pana Szymona.
Nad opracowaniem apelacji pan Piotr siedział głównie wieczorami, kiedy w kancelarii przestawały dzwonić telefony i robiło się przyjemnie cicho.
Mieliśmy na to 14 dni od daty doręczenia nam wyroku wraz z uzasadnieniem i wykorzystaliśmy ten czas maksymalnie. Decyzje musieliśmy podejmować samodzielnie – kontaktu ze znajdującym się w śpiączce panem Szymonem nie było. Ponosiliśmy też wszystkie koszty związane z apelacją. Wreszcie ostatniego dnia przed upływem terminu, apelacja adresowana do Sądu Apelacyjnego została złożona w Biurze Podawczym Sądu Okręgowego w Poznaniu osobiście przez naszą sekretarkę. Procedura wymaga by do oryginału apelacji były załączone odpisy dla stron wraz z wszystkimi załącznikami. Na naszej kancelaryjnej kopii Biuro Podawcze sądu przystawiło pieczęć z datą wpływu – niepodważalny dowód, że termin do złożenia apelacji został zachowany.

*****

W połowie grudnia sąd przesłał do nas odpis apelacji złożonej w imieniu prezesa Sokołowskiego przez mecenasa Hertzkę.
Nasza apelacja dotyczyła drugiej części roszczenia natomiast nasi przeciwnicy skupili się na pierwszej części. W całości podtrzymywali argumenty znane nam już z pierwszej fazy procesu. Transakcja sprzedaży udziałów była w ocenie pozwanego realizacją ustaleń poczynionych przez pana Szymona jeszcze z byłą żoną powoda. Udziały te miały przypaść dzieciom powoda i dlatego rozliczenie za nie miało nastąpić.. Dowodem na to miały być złożone już w pierwszej instancji zeznania prezesa Sokołowskiego oraz ewentualnie zeznania przed sądem apelacyjnym byłej żony powoda i jego dzieci. Co do drugiej części roszczenia, apelacja pozwanego tylko przyznawała rację słusznemu rozstrzygnięciu Sądu Okręgowemu.

*****

Sylwestrowy tydzień Agnieszka spędzała wraz ze swoim patronem i pracodawcą na Florydzie. Od pół roku byli kochankami. Zachowywali się dyskretnie, nie było jednak tajemnicą, że Marcin jest kobieciarzem i żadnej ładnej dziewczynie nie przepuści. Agnieszka dementowała wszelkie żarty na ten temat, ale wiedziała, że utrzymanie tego związku w tajemnicy będzie trudne, jeżeli nie niemożliwe. A ona cały czas niewinnie spotykała się z Piotrem Pawłowskim. Niewiele się dowiedziała, ale szef prosił, aby nie zrywała tego kontaktu. Gdyby się Piotr dowiedział o jej związku z mecenasem, to pewnie zakończyliby znajomość.
Dwa tygodnie w Stanach Zjednoczonych zapewniały im jednak anonimowość, o którą tak trudno było w kraju.
Wylądowali na Florydzie na Tampa International Airport, skąd wynajętym maleńkim samolotem polecieli do Venice niedaleko Sarasoty.
Hertzka miał uprawnienia pilota od bardzo dawna. Korzystał z tej umiejętności we wszystkich swoich podróżach. Szczycił się, że w trzy tygodnie zwiedził w ten sposób całą Australię. Samolot był też może nie najtańszym, ale za to najlepszym środkiem transportu w USA. Mimo to zawsze podkreślał, że świat najlepiej widać z okien samochodu. Razem z kolegami objechał w kilka lat niemal całe Stany. Zrobili razem prawie 30 000 km. Z Los Angeles na zachodzie dojechali aż na Key West, najbardziej na południe wysunięty skrawek kontynentalnej Ameryki, gdzie nieopodal domu Hemingwaya odbywa się co roku kultowy Fantasy Festival. Po drodze zaliczyli wszystkie najważniejsze przystanki: Las Vegas, Grand Canyon, Monument Valley, Amarillo czy Nowy Orlean z niezwykle atrakcyjną Dzielnicą Francuską. Innym razem, zaczynając od Chicago, objechali przez Kanadę Wielkie Jeziora kończąc wyprawę na szlaku Ojców Założycieli, zwiedzając Boston, Filadelfię, Waszyngton i oczywiście Nowy York.
Spędzili wiele tygodni w Yellowstone i stanach Środkowego Zachodu.
Hertzka dużo opowiadał Agnieszce o swoich podróżach, namawiając ją na wspólną wyprawę noworoczną. Bardzo jej też pomógł przy załatwianiu amerykańskiej wizy.
Zaraz po świętach Bożego Narodzenia, które spędzała z rodzicami, wróciła do Poznania. Rodzicom powiedziała, że ma dużo pracy. Piotrowi natomiast, który zaprosił ją na sylwestrową prywatkę, że z koleżankami lecą na golfowy obóz do Belek w Turcji.
Wynajęli typowy amerykański parterowy dom z basenem, przy plaży, niedaleko lotniska, na którym podobno uczyli się latania na samolotach pasażerskich zamachowcy z ataku na wieże WTC z 11 września 2001 roku.
Nieopodal znajdowało się też pole golfowe Plantation & Golf Country Club, na którym mecenas szlifował jej swing. Wykazywała ponad przeciętne uzdolnienia w grze polegającej na wbiciu piłki do dołka.
Co rano chodzili na długie wędrówki po niemal pustej plaży. Bardzo rzadko spotykali tam innych spacerowiczów, którzy jednak zawsze serdecznie ich pozdrawiali.
Wieczorami po kolacji, w którejś z miejscowych knajpek, kochali się przy basenie.
Agnieszka czuła, że to nie będzie miłość na całe życie, ale atrakcje, jakie oferował jej szef zwalniały ją ze snucia planów na przyszłość. Cieszyła się chwilą i koncentrowała na tym, by było miło jej i jemu.
Na imprezę sylwestrową polecieli do Miami. Mecenas miał tam umówione wcześniej biznesowe spotkanie, ale oczywiście przede wszystkim mieli zaszaleć w modnym brazylijskim klubie „Mango”. Klub mieścił się przy South Beach, naprzeciwko nie mniej słynnej miejscowej plaży.
Zamieszkali w hotelu przy tej samej ulicy. Na potrzeby noworocznego balu Marcin zafundował jej w Earthy Chic Boutique sylwestrową kreację, małą czarną w wersji karnawałowej. Wyglądała w niej szałowo i tak się czuła.
Przy wejściu do klubu zauważyła kolegę ze studiów, który stał na bramce. Poznała go po charakterystycznej bliźnie na policzku. Czy on ją poznał, nie była pewna.
Z samego balu niewiele zapamiętała. Marcin dbał o to, by nie zabrakło jej szampana i nie opuszczał jej nawet na chwilę. Wzbudzała ogromne zainteresowanie swoją urodą i nie chciał jej narażać na zbyt nachalne zaloty coraz bardziej rozbawionego towarzystwa.
O północy wszyscy składali sobie życzenia. Szampan lał się strumieniami. Kiedy na chwilę znaleźli się blisko siebie, Marcin wziął ją w ramiona i z udawaną powagą zapowiadał jej mnóstwo pracy po powrocie do kancelarii.

– Obiecuję ci krew, pot i łzy. Ale tylko tak nauczysz się tego pięknego zawodu. Życzę ci również powodzenia na egzaminie końcowym.
Spojrzała na niego rozbawiona.
– Coś ty! Wcale mi nie zależy. Nie jestem wcale pewna, czy chę być adwokatem. Do hotelu wrócili nad ranem totalnie wykończeni.

Ostatnich parę dni spędzili ponownie w Venice. Panował tam cudowny spokój i bezstresowa atmosfera. Nieopodal mieli swoje domy Stephen King, Johny Travolta czy Oprah Winfrey. Jeździli po okolicy i Marcin pokazywał jej różne miejscowe atrakcje. Rozsmakowali się we włoskiej kuchni dzięki miejscowej knajpce o księżycowej nazwie „Luna”.
Wrócili przez Monachium do Warszawy zgodnie z planem i bez większych opóźnień.

*****

Na pierwszej rozprawie w marcu 2008 roku sąd apelacyjny, składający się z trzech zawodowych sędziów postanowił uwzględnić nasz wniosek dowodowy i przeprowadzić dowód z opinii biegłego na okoliczność, jaka była wartość udziałów firmy w dacie zawarcia niekorzystnej umowy sprzedaży udziałów. Zobowiązał nas jednocześnie do wpłacenia 2 000,- zł zaliczki na koszty biegłego. Wpłaty dokonaliśmy niezwłocznie. Kilka dni później wyznaczony przez sąd biegły z dziedziny księgowości, Ludwik Daniel Konwicki, wpisany na listę biegłych sądowych na początku lat dziewięćdziesiątych, odebrał w sekretariacie sądu akta sprawy. Była to dobra wiadomość. Dawało to nadzieję na przyspieszenie załatwienia sprawy. Sąd Apelacyjny mógł równie dobrze uchylić wyrok i przekazać sprawę z powrotem do sądu pierwszej instancji uznając, że to on powinien uzupełnić postępowanie dowodowe i przeprowadzić dowód z opinii biegłego. Każde takie uchylenie wyroku jest podstawą do negatywnej oceny pracy sędziego.
Sędzią sprawozdawcą była znakomita cywilistka, którą znałem osobiście jeszcze ze starych czasów mojej pracy w sadzie. Była to niezwykle istotna okoliczność. Nie ulega wątpliwości, że szerokie kontakty Hertzki i jego kolegów z kancelarii nie będą miały najmniejszego wpływu na przebieg postępowania na tym etapie.
Trudno powiedzieć, czym kierował się Sąd Apelacyjny, podejmując decyzję o powołaniu biegłego. Także w tym przypadku mogła zadziałać skarga na przewlekłość, złożona przez pana Szymona. Skoro skarga ta okazała się zasadna, przekazywanie sprawy sądowi pierwszej instancji obciążone było podobnym ryzykiem.
Sąd Apelacyjny jednak nie uzasadniał swojej decyzji a w praktyce oznaczało to, że sprawa nabrała tempa. Przynajmniej tak się nam wtedy wydawało.

*****

Ratajski osobiście udał się do niewielkiej firmy rachunkowo – księgowej „Audyt spółka jawna” , mieszczącej się w biurowcu w centrum miasta. Założycielami spółki, co wynikało z Krajowego Rejestru Sądowego, był dr Ludwik Daniel Konwicki i jego żona Monika.
Wyszedł piętnaście minut później. Wsiadł do swojego Opla. Wyjął telefon i wybrał szybko numer.
Myślę, że sprawa załatwiona. Nie sądzę, aby były jakieś problemy.

*****

Relacje Agnieszki z Piotrem uległy ochłodzeniu. Nie przyjęła jego zaproszenia na Sylwestra, a i potem nie odbierała jego telefonu. Wyglądało na to, że rzeczywiście była gdzieś za granicą, bo łącząc się z nią otrzymywał komunikat po angielsku, że jest niedostępna.
Zadzwoniła nieoczekiwanie na początku lutego pod pretekstem, że szuka wykładów z procedury cywilnej w ramach przygotowań do kolokwium u sędziego Daszyny, wybitnego specjalisty prawa i procedury cywilnej.
Oczywiście Piotr ucieszył się z tego telefonu. Opowiedziała mu o swoich sukcesach golfowych w Turcji. Potem poplotkowali o bliższych i dalszych znajomych. Kiedy spytał, co słychać u nich w kancelarii, opowiedziała mu zabawną historię o niewiernym mężu, nagrywanym in flagranti z kochanką przez żonę przy wykorzystaniu podsłuchu.

– Wiesz, że on cały czas szedł w zaparte i zaprzeczał, że ma kochankę? Okłamywał sąd, ale co gorsza, okłamywał także moją szefową. I dopiero to nagranie go złamało. W całej kancelarii najbardziej ubawiliśmy się z opisu dowodu załączonego do akt. Zawierał spis dźwięków znajdujących się nagraniu. – Ten właśnie fragment był kluczowy …
– Tak? – Piotr nie do końca nadążał.
– No tak. Tam było napisane „wilgotne mlaskanie” – zaśmiała się. – Rozumiesz?
– Ach tak, jasne, teraz zrozumiałem. – też się głośno roześmiał.
– A co u was? – czekała na taką okazję.
– Dużo się dzieje, ale to nie jest na telefon.
Gdy tylko skończyła rozmowę z Piotrem, zadzwonił Hertzka.
– Nie mogę się do ciebie dodzwonić.
– Rozmawiałam z Piotrem Pawłowskim.
– I jak poszło?
– Kontakt zgodnie z planem został podtrzymany.
– No i dobrze. Tylko bez pocałunków.
– Jesteś zazdrosny?
– Może trochę – roześmiał się.

*****

Czas płynął nieubłaganie. Sąd zapowiedział kolejną rozprawę na maj. Zamierzał przesłuchać dzieci i byłą żonę pana Szymona. Zgodnie z twierdzeniami pozwanego, kupowane przez niego udziały należące do pana Szymona, miały być pierwotnie przekazane w darowiźnie jego dzieciom i ta okoliczność miała być uwzględniona przy transakcji kupna udziałów należących do żony pana Szymona. Ta pokrętna, nielogiczna i nieracjonalna w naszej ocenia koncepcja, której potwierdzeniem były jedynie zaznania pozwanego, stanowiła główny zarzut zarówno w odpowiedzi na pozew, jak i w apelacji. Była jednak ku naszemu zdumieniu częściowo uwzględniona przez sąd pierwszej instancji, więc musiała być także przedmiotem oceny przez Sąd Apelacyjny.
Tymczasem pan Szymon pozostawał cały czas w stanie wegetatywnym. Nie było z nim kontaktu. Rokowanie były nie najlepsze. Pani Ewa, wierna towarzyszka życia pana Szymona, była zrozpaczona. Dokładała wszelkich starań, żeby zapewnić mu jak najlepszą opiekę. Zdawała sobie także sprawę, że w przypadku jego śmierci przed końcem procesu, jedynymi spadkobiercami będą jego dzieci. Rozmawiałem z nią o tym telefonicznie. Nie ma co ukrywać, że ta okoliczność była również kluczowa dla dalszego naszego udziału w procesie. Istniało bowiem bardzo małe prawdopodobieństwo, że dzieci pana Szymona, które do tej pory nie były mu przyjazne, nagle zmienią front i zlecą nam dalsze prowadzenie sprawy. Trzeba było rozważyć zupełnie nowe scenariusze. Chociażby ten, że wynik procesu mógł mieć wpływ, a właściwie miał ogromny wpływ na wielkość masy spadkowej po ewentualnej śmierci pana Szymona. Przypadałaby im cała wygrana przez pana Szymona kwota. Pan Szymon nie miał innych spadkobierców ustawowych. Nawet gdyby sporządził testament, uposażając panią Ewę, jego dzieciom zawsze przypadałby niemały zachowek. Czy w tej sytuacji będą one chciały złożyć zeznania po myśli prezesa Sokołowskiego pozbawiając siebie szansy na uzyskanie pokaźnego spadku? Pewnie nie.
Ale poza nami i lekarzami, nikt nie wiedział o ciężkim stanie zdrowia pana Szymona.

*****

Na początku maja biegły został pierwszy raz poproszony przez sąd o przesłanie opinii. Odpowiedział, że nie jest jeszcze gotowy i potrzebuje więcej czasu. W tej sytuacji sąd zniósł termin rozprawy.
W czerwcu opinia nadal nie była gotowa. Sąd ukarał biegłego grzywną w wysokości 500,- zł. W połowie lipca wreszcie biegły przekazał swoją opinię do sądu, ten zaś przesłał ją niezwłocznie stronom zobowiązując je do ustosunkowania się do niej w terminie 14 dni.
Opinia była niekorzystna dla pana Szymona. W ocenie biegłego, w chwili sprzedaży, rzeczywista wartość udziałów odpowiadała ich wartości nominalnej. W tej sytuacji druga część naszego roszczenia stała się nieuzasadniona, nie mogło być bowiem mowy o wykorzystaniu trudnej sytuacji finansowej pana Szymona skoro cena sprzedanych udziałów nie była zaniżona. Nasi przeciwnicy triumfowali.

Przewiń do góry